Sesja egzaminacyjna: plan na cztery tygodnie

Sesja egzaminacyjna: plan na cztery tygodnie

Siedemnasty grudnia, 23:15. W USOS-ie są już trzy terminy: 26 stycznia, 29 stycznia, 4 lutego. Otwierasz notatki z pierwszego przedmiotu, czytasz dwie strony i zamykasz je, bo do sesji jest jeszcze mnóstwo czasu.

Do sesji jest pięć i pół tygodnia, z czego dwa to święta, jeden to powrót do formy po świętach, a jeden zniknie na oddawanie zaległych sprawozdań.

Zostają cztery tygodnie i to jest cała prawda o twojej sesji. Reszta to negocjacje z kalendarzem, który już wszystko rozstrzygnął.

Zasada: sesja nie jest jednym zadaniem, tylko czterema różnymi

Największy błąd w planowaniu sesji polega na rozpisaniu czterech tygodni jako czterech kopii tego samego tygodnia — tyle a tyle stron dziennie, przedmiot po przedmiocie, do wyczerpania materiału.

Cztery tygodnie przed egzaminem i cztery dni przed egzaminem to zupełnie inne zadania i wymagają innej pracy. Pierwszy tydzień jest o tym, żeby wiedzieć, czego nie wiesz. Ostatni jest o tym, żeby przestać dowiadywać się nowych rzeczy.

Jedno zdanie, które trzyma cały plan: każdy tydzień sesji ma jedno zadanie i nie robi zadań pozostałych.

Najpierw policz godziny, których naprawdę nie masz

Zanim zrobisz cokolwiek innego, spędź dwadzieścia minut na arkuszu albo kartce i wypisz dni od dziś do pierwszego egzaminu.

Przy każdym dniu wpisz liczbę realnych godzin nauki. Nie tych, które chciałbyś mieć — tych, które zostają po zajęciach, dojeździe, pracy, jedzeniu i śnie.

Większość ludzi kończy z liczbą, która ich uderza. Trzy tygodnie brzmią jak ocean, a po odjęciu zjazdu, dyżuru w pracy i dwóch dni na kolokwium poprawkowe zostaje czterdzieści kilka godzin na trzy egzaminy.

To dobra wiadomość, choć nie wygląda. Czterdzieści godzin da się rozdysponować. „Trzy tygodnie” nie da się rozdysponować, bo to nie jest liczba, tylko nastrój.

Podziel te godziny na przedmioty w proporcji do tego, ile z materiału naprawdę nie umiesz, a nie po równo. Równy podział jest uprzejmy wobec przedmiotów i okrutny wobec ciebie.

Tydzień 1: mapa, nie nauka

Zadanie tygodnia: dowiedzieć się, co jest na egzaminie i czego z tego nie umiesz. To wszystko.

Przejdź każdy przedmiot raz, szybko, z ołówkiem. Przy każdym zagadnieniu postaw jedną z trzech rzeczy: plus, jeśli umiesz to wytłumaczyć na głos; minus, jeśli nie; znak zapytania, jeśli nie wiesz, czy umiesz.

Znaki zapytania są najważniejsze i to je najczęściej się pomija. Zagadnienie, o którym myślisz, że je umiesz, a nie umiesz, jest jedynym rodzajem luki, która przetrwa do egzaminu.

Sesje po 25 minut, po dwie, trzy na przedmiot. Nie ucz się w tym tygodniu niczego na poważnie. Kusi, żeby zacząć od pierwszego minusa i zostać tam do wieczora, i to jest dokładnie ten ruch, przez który trzeci przedmiot zostaje nietknięty do 2 lutego.

Na koniec tygodnia masz listę minusów i znaków zapytania z trzech przedmiotów. To jest twój plan. Nie musisz układać innego.

Tydzień 2: minusy, po kolei, z zamkniętą książką

Zadanie tygodnia: zamienić minusy w plusy, w kolejności od najczęściej pojawiających się na egzaminie.

Kształt sesji jest tu ten sam co zawsze i opisałem go osobno: jedno zdanie mówiące, co będziesz umiał na koniec, dwadzieścia dwie minuty pracy z materiałem i ostatnie trzy minuty na pustej kartce, bez podglądania.

Trzy minuty na pustej kartce są jedyną częścią, która odróżnia naukę od czytania, i pierwszą, którą odpuścisz, gdy zaczniesz być do tyłu. Odpuść zamiast tego zdanie celu.

Bloki 50-minutowe na zadania rachunkowe, 20-minutowe na pamięciówkę — daty, wzory, definicje, paragrafy. Krótko i często bije długo i raz, i przy pamięciówce nie jest to nawet bliski wynik.

Reguła, którą warto trzymać przez cały tydzień: każdy przedmiot dostaje coś w co najmniej trzech różnych dniach. Nie trzy równe porcje, po prostu trzy dotknięcia. To jedyna linijka w tym planie, której nie wolno wyciąć.

Co, jeśli mam trzy egzaminy w jednym tygodniu?

Wtedy przestajesz planować po tygodniach i zaczynasz planować wstecz od dat.

Wypisz trzy daty. Od każdej odejmij dwa dni i zaznacz je jako „tylko ten przedmiot”. Te sześć dni jest zablokowanych. Cała reszta twojego kalendarza sesji układa się w to, co zostało, i jeśli zostało mało — to jest właśnie informacja, którą chciałeś dostać w połowie grudnia, a nie 25 stycznia.

Przy trzech egzaminach w pięć dni jedna decyzja jest nieunikniona: który przedmiot dostaje mniej. Podejmij ją świadomie i wcześnie, zamiast pozwolić, żeby zdecydowało za ciebie zmęczenie w środę.

Tydzień 3: zadania z poprzednich lat, nie notatki

Zadanie tygodnia: pracować na materiale w formie, w jakiej przyjdzie na egzaminie.

Jeśli egzamin jest testowy, rób testy. Jeśli jest ustny, mów na głos do ściany albo do współlokatora. Jeśli są zadania, rozwiązuj zadania — mieszane, a nie dwadzieścia z tego samego typu pod rząd, bo mieszane czują się gorzej w trakcie i wypadają lepiej na kartce.

Zestawy z poprzednich lat, jeśli krążą po roczniku, są w tym tygodniu wart więcej niż jakiekolwiek notatki. Nie dlatego, że pytania się powtórzą, tylko dlatego, że pokazują poziom szczegółu, którego oczekuje egzaminator — a to jest rzecz, której z sylabusa nie odczytasz.

Rób je na czas i w całości, bez zaglądania. Zestaw pocięty na wygodne kawałki mierzy twoją wiedzę i nie mówi nic o tym, czy utrzymasz uwagę przez dziewięćdziesiąt minut w sali, w której jest za ciepło.

Sprawdzaj brutalnie. Każda rzecz zrobiona źle wraca na listę i tydzień czwarty składa się już tylko z tej listy.

Tydzień 4: tylko luki, i nic nowego

Zadanie tygodnia: domknąć to, co wypadło z tygodnia trzeciego, i nie otwierać niczego nowego.

To jest tydzień, w którym ktoś na grupie wrzuca „a widzieliście, że on w zeszłym roku pytał o rozdział 11?” i cała twoja klatka piersiowa robi się zimna. Rozdział 11 nie jest twoim problemem. Twoim problemem są trzy rzeczy, które w tygodniu trzecim zrobiłeś źle dwa razy z rzędu.

Ostatnie 48 godzin przed każdym egzaminem: żadnego nowego materiału, tylko powtarzanie tego, co już umiesz, i sen. Wyspany poranek jest wart więcej niż czwarte przejście przez temat, którego i tak nie zdążysz opanować, a jeśli się z tym nie zgadzasz, to nie pisałeś jeszcze egzaminu po czterech godzinach snu.

Gdzie ten plan celowo się nie domyka

Nie ma w nim niedziel. Wszystkie cztery niedziele są wolne i to nie jest wielkoduszność, tylko arytmetyka. Cztery tygodnie po siedem dni nauki nie istnieją; istnieją cztery tygodnie po sześć dni i jeden tydzień po siedem, po którym przychodzi tydzień po dwa. Jeśli musisz coś dołożyć, dołóż to do soboty.

Nie ma w nim godzin. Bo nie wiem, czy pracujesz, czy masz zajęcia do 17:00, czy dojeżdżasz czterdzieści minut. Godziny wpisujesz sam, w tym pierwszym dwudziestominutowym ćwiczeniu z liczeniem, i one są jedyną prawdziwą częścią planu.

Nie ma w nim miejsca na naukę na tydzień przed sesją od zera. Jeśli zaczynasz cztery dni przed pierwszym egzaminem, to nie jest ten tekst. Wtedy zostaje ci tylko tydzień trzeci — zestawy z poprzednich lat, na czas, i lista błędów — i szczerze mówiąc to nie najgorszy dostępny plan awaryjny.

Nie ma w nim biblioteki ani kawiarni, bo to zależy od ciebie bardziej niż od materiału. Jedno warto powiedzieć: biblioteka nie działa dlatego, że jest cicha, tylko dlatego, że wyjście z niej kosztuje. Kawiarnia za 18 zł działa z tego samego powodu — wydałeś, więc siedzisz. Wybierz to, z czego trudniej ci wyjść.

I ostatnia rzecz, którą trzeba powiedzieć wprost: część sesji przegrywa się nie przez plan, tylko przez to, że semestr był zbyt gęsty, praca zjadła listopad albo coś się w życiu wydarzyło. Wtedy plan nie jest lekarstwem, tylko sposobem na uczciwe rozdysponowanie tego, co zostało. Seria, która przeżyje gorszy dzień, jest w takim semestrze warta więcej niż idealny harmonogram.

Jutro

Otwórz USOS. Wypisz trzy daty. Policz dni i przy każdym wpisz realną liczbę godzin.

Potem zrób jedną sesję na dwadzieścia pięć minut nad pierwszym przedmiotem, stawiając plusy, minusy i znaki zapytania. To wszystko na dziś, a jeśli nigdy wcześniej nie pracowałeś z minutnikiem, krótki opis metody zajmuje mniej czasu niż wybieranie playlisty.


Fomodo poprowadzi te sesje, zapisze minuty i pokaże w heatmapie, które dni sesji naprawdę miały kształt. Ograniczenie warto znać z góry: to aplikacja tylko na iPhone’a, od iOS 17.6 w górę. Jeśli twój rocznik umawia się na wspólną naukę i połowa grupy ma Androida, nic wspólnego tu nie zbudujecie — a wspólne siedzenie w czytelni załatwia to i tak lepiej.

Co robi dobrze: widżet Quick Start ma trzy rozmiary i startuje sesję prosto z ekranu początkowego, więc między „może usiądę” a chodzącym zegarem jest jedno stuknięcie zamiast czterech.

Cztery tygodnie to nie za mało. Za mało jest wtedy, gdy dowiesz się o tym 25 stycznia.

MT
Minh Trần

Pisze o nauce uwagi i tworzeniu narzędzi do skupienia.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *